Z indeksem po medale

0
455

Studenci, którzy w trakcie nauki chcą kontynuować karierę sportową, mogą dołączyć do Narodowej Reprezentacji Akademickiej. W tym roku odbywa się już trzecia edycja programu.

Zimowe igrzyska olimpijskie w Pekinie zakończyły się przed miesiącem, ale Nikola Mazur jeszcze nie odwiesiła łyżew. Przed nią druga najważniejsza impreza sezonu – mistrzostwa świata w short tracku. Całe szczęście, że między zgrupowaniami, wyjazdami, treningami udało się zaliczyć sesję zimową. Średnia 4,2.

– Całkiem przyzwoita jak na te okoliczności, prawda? – śmieje się studentka ekonomii na Uniwersytecie Gdańskim i zarazem zawodniczka miejscowego Stoczniowca.

Żeby unaocznić, z jakim wyzwaniem się mierzy, wystarczy spojrzeć w jej kalendarz. Rano zajęcia na uczelni, około południa trening – na lodzie spędza ponad trzy godziny, po nim zdarza się, że wraca jeszcze na zajęcia. Bywa i tak, że w ciągu dnia są dwa treningi, co jeszcze bardziej komplikuje sprawę. Tym niemniej, jeśli tylko jest na miejscu, stara się wpadać do Sopotu, gdzie swoją siedzibę ma Wydział Ekonomiczny UG. Nikola jest na drugim roku.

– Trafiłam na bardzo fajny wydział i mam wrażenie, że studia tutaj bardzo mnie rozwijają. Jest dużo ludzi z otwartą głową, od których można się wielu rzeczy dowiedzieć, podyskutować z nimi. To nie tylko uczenie się formułek czy definicji – zapewnia.

I dodaje, że nie wszędzie sytuacja wygląda tak kolorowo. „Ale jak to, nie będziesz na egzaminie?” – słyszeli wielokrotnie jej koledzy i koleżanki z innych miast. Ona sama nie wie, czy dałaby radę bez Narodowej Reprezentacji Akademickiej.

– Ten program spadł mi z nieba. Jestem w nim od początku i dziś nie wyobrażam sobie, żeby go nie było. Tym bardziej że nie wybrałam uczelni stricte sportowej. Znając siebie, pewnie próbowałabym i tak pójść na studia, ale czy to by się wówczas powiodło? – zastanawia się.

NRA zakłada m.in. indywidualne konsultacje z prowadzącymi zajęcia. U Nikoli w zdecydowanej większości były to spotkania online. Gdy jest się na zawodach w Chinach czy Japonii, przeszkodę może stanowić różnica czasu, ale – jak mówi – wszystko jest do dogadania. Tym bardziej jeśli wykładowcy wykazują zrozumienie. Choć woli się uczyć systematycznie, a nie od sesji do sesji, to przyznaje jednocześnie, że z uwagi na przygotowania do wielkich imprez, intensywniejsze treningi, liczne obozy było to ostatnio praktycznie niemożliwe. Za to zaraz po marcowych mistrzostwach będzie mogła już w pełni poświęcić się nauce. Studia traktuje nie tylko jako zabezpieczenie na przyszłość, ale też szansę na osobisty rozwój.

– Naprawdę dużo mi dają. Widzę po sobie, że mózg lepiej pracuje, poprawiły się funkcje poznawcze, łatwiej mi się skupić. Poza tym zyskałam większe poczucie sprawczości, choćby wtedy, gdy zdaję kolejne egzaminy. Odczuwam wtedy dużą satysfakcję – podkreśla.

Zdecydowała się na ekonomię, bo to dziedzina obecna w codziennym życiu, w pewien sposób tłumacząca, jak funkcjonuje świat. Nikoli wydawało się, że ze wszystkich przedmiotów najtrudniej będzie przebrnąć przez matematykę. Okazało się, że nawet na poziomie akademickim nie jest wcale taka straszna. W nowym semestrze spodziewa się za to problemów z ekonometrią. Nie poddaje się jednak, traktuje to jako kolejne, tym razem pozasportowe, wyzwanie.

Nie tylko w sportowym środowisku

Pech chciał, że jeszcze przed pierwszym meczem styczniowych mistrzostw Europy Maciej Zarzycki złapał koronawirusa. Z głównej imprezy tego sezonu wrócił więc z niedosytem, ale z bagażem doświadczeń, które za rok, na mistrzostwach świata w Polsce, bardzo się przydadzą. W reprezentacji zagra już jako magister wychowania fizycznego.

– Jestem właśnie w trakcie pisania pracy na temat urazów w piłce ręcznej na przykładzie zawodników Superligi – mówi student Politechniki Opolskiej i szczypiornista tamtejszej Gwardii.

Na licencjacie musiał ciągle pamiętać o usprawiedliwianiu swoich nieobecności. Było ich sporo, bo zaliczenia czy zajęcia pokrywały się zwykle z treningami, a do tego dochodziły wyjazdy na mecze bądź zgrupowania kadry. Trzeba było za każdym razem iść do klubu, brać świstek papieru i przedkładać go na uczelni. Inaczej oceny leciały w dół. Jemu zależało, by tego uniknąć. Kiedy więc już na studiach magisterskich uruchomiono NRA, a uczelnia zaproponowała, że go zgłosi, nie wahał się ani chwili.

– Już nie muszę się martwić o nieobecności, usprawiedliwienia, mam ponadto możliwość udziału w dodatkowych zajęciach, a formę zaliczenia mogę wybrać w porozumieniu z prowadzącym – wyjaśnia.

Politechnika Opolska z 31 reprezentującymi ją sportowcami była jednym z liderów drugiej edycji programu. Do pomocy w załatwianiu spraw organizacyjnych wyznaczono konkretną osobę, ale na poziomie poszczególnych przedmiotów kontakt – czy to mailowy, czy telefoniczny – odbywa się już bezpośrednio między studentami a wykładowcami. Paradoksalnie sportowcom pomogła też pandemia. Choć zdalne zajęcia z… koszykówki mogą wyglądać komicznie, to sportowcy jednak doceniają taką formę.

– Kiedy kończę poranny trening i kilka minut później mam zaplanowane wykłady, nie muszę gnać na uczelnię, tylko wystarczy połączyć się na telefonie. Podobnie na zgrupowaniu – też mogę być online. Oczywiście to nie taka sama nauka jak stacjonarnie, jest wiele czynników, które rozpraszają, ale jeśli tylko chce się coś wynieść ze studiów, nie powinno przeszkadzać – przyznaje Zarzycki, który poprzedni semestr ukończył ze średnią 4,55.

Choć zawodowi sportowcy, narażeni często na urazy czy kontuzje, powinni być szczegółowo zaznajomieni z partiami mięśniowymi, układem kostnym, to anatomia sprawiła jednak trochę kłopotów. Do dydaktyki wychowania fizycznego też musiał przysiąść. Za to na zajęciach z dietetyki czy psychologii sportu mógł pogłębić wiedzę, którą już posiadł w trakcie kariery. Z zajęciami praktycznymi, w tym nielubianą przez większość sportowców gimnastyką, poszło mu jak z płatka.

Wytrwałość, cierpliwość, nieustępliwość – te cechy w jego ocenie najbardziej przydają się w łączeniu nauki z wyczynowym uprawianiem sportu. Szczególnie wtedy, gdy po forsownym treningu w klubie trzeba jeszcze przygotować się do zaliczenia lub, co gorsza, na uczelni czekają zajęcia na siłowni albo basenie. Pod koniec dnia można wtedy paść ze zmęczenia. W kryzysowych momentach pomaga wyznaczenie celu. Chciałby być w przyszłości instruktorem piłki ręcznej, może nawet szkolić seniorów, a do tego potrzebne są i kwalifikacje, i wykształcenie. Ale nie tylko to przyświecało mu, gdy decydował się na kontynuowanie nauki.

– W liceum, w Szkole Mistrzostwa Sportowego, obracałem się tylko wśród piłkarzy ręcznych, tak samo jest w moim zawodowym życiu. Chciałem wyjść poza środowisko, poznać ludzi o innych niż sportowe zainteresowaniach. Poza tym dobrze jest, gdy człowiek rozwija się wielokierunkowo. To pomaga w życiu, nie jest się ograniczonym tylko do jednej rzeczy – podkreśla.

Magister z doktoratem?

Antoni Kałużyński był już finalistą mistrzostw świata, wicemistrzem globu do lat 18 i mistrzem Europy w tej samej kategorii, a także najlepszym na krajowym podwórku. Trenując pływanie od ponad dziesięciu lat, coraz częściej dostrzega wzajemne oddziaływanie sportu i nauki.

– Gdybym nie był sportowcem, myślę że nie miałbym w sobie takiej dyscypliny, trudniej byłoby zabrać się np. do uczenia się przed sesją. W drugą stronę też to działa, jeśli jestem w dołku albo w momencie jakiegoś kryzysu, pływanie stanowi odskocznię, pozwala zapomnieć – mówi zawodnik Warszawianki i student III roku prawa.

Dodaje, że podobnie jest z nauką. To swego rodzaju lek na niepowodzenia w basenie. Do wyjazdu na igrzyska w Pekinie zabrakło mu ledwie dziesiątych części sekundy. Musiał obejść się smakiem. Książki, kolokwia, zaliczenia spowodowały, że nie rozmyślał długo o utraconej szansie. No i jeszcze jedna zaleta: kiedy obserwuje, jak wszyscy przed egzaminem się stresują, on zachowuje chłodną głowę. Starty na najważniejszych sportowych zawodach nauczyły go radzić sobie z presją.

Nic zatem dziwnego, że ostatnią „kampanię” zdał jak z nut. I nie były to same trójki. Jest żywym przykładem, że NRA działa także w uczelniach niepublicznych. Kluczowe przy wyborze Akademii Leona Koźmińskiego było zapewnienie indywidualnej organizacji studiów. Przywołuje swoich kolegów, którzy właśnie między liceum a studiami musieli zrezygnować z wyczynowego sportu. Godziny wykładów i treningów często się pokrywają, a nie sposób osiągnąć dobrych wyników, przygotowując się na pół gwizdka.

– Na szczęście załapałem się do NRA i dzięki temu, jeśli w terminie egzaminu czy kolokwium jestem na zawodach lub obozie, zaliczenie mogę mieć później niż wszyscy. Zawsze mam czas do końca sesji poprawkowej. To spore ułatwienie, choć nadrabianie materiału bywa kłopotliwe – zaznacza i dodaje, że może liczyć w tym względzie na pomoc koleżanek i kolegów.

Najwięcej komplikacji jest latem, gdy sesja i zawody kolidują ze sobą. Tak właśnie będzie w tym roku z mistrzostwami świata. Jako sportowiec z indeksem musi więc nie tylko się do nich przygotować, ale i odpowiednio rozplanować egzaminy.

Ma nadzieję, że możliwość uczestniczenia w zajęciach online zostanie także po pandemii. Sam zaoszczędził sporo czasu, nieraz słuchając wykładu na słuchawkach w drodze na basen. Na prawo poszedł z pełną świadomością. Interesuje się tą dziedziną, choć przyznaje, że jeszcze nie wszystkie jej obszary zdążył odkryć, a niektóre, jak informatyka prawnicza, pasjonują go w mniejszym stopniu. Czy wiąże z nią swoją przyszłość? Wie na pewno, że po zakończeniu kariery chciałby wyjść z basenu, zająć się czymś innym. Na decyzję daje sobie jeszcze czas. Na horyzoncie widzi już jednak rok 2024. Jak wszystko dobrze pójdzie, na igrzyskach w Paryżu może wystąpić już jako magister. Dla zawodowego sportowca olimpijska rywalizacja to jednak coś więcej. Można ją chyba porównać z obroną doktoratu.

Źródło: Forum Akademickie (forumakademickie.pl)
Autor: Konrad Pfeiffer