„Przeciągacze” z AZS na start!

0
734
Drużyna Warszawianki podczas wielkiej rewii asów sportu na rzecz Funduszu Obrony Narodowej (1939 r.)

W ostatnich tygodniach, z powodów trochę pozasportowych, modne stało się przeciąganie liny. Sprowokowało mnie to do spojrzenia na historię tego sportu w naszej organizacji. Zapewne zaskoczy niektórych informacja, że przeciąganie liny było jedną z pierwszych dyscyplin uprawianych w stołecznym AZS.

Przeciąganie liny było konkurencją olimpijską począwszy od 1900 r. Nic zatem dziwnego, że akademicka młodzież postanowiła wiosną 1916 r. naśladować wzory idące z igrzysk i w tejże konkurencji urządzić studenckie zmagania. W Warszawie, będącej od roku pod okupacją niemiecką, były nadzieje, że uda się powołać Akademicki Związek Sportowy. W marcu zebrał się studencki komitet i wkrótce akademiccy sportowcy opracowali statut AZS Warszawa. Złożyli potrzebne do oficjalnego działania dokumenty i czekali na decyzję gubernatora Hansa Beselera.

Nie czekali z założonymi rękami i nie mając jeszcze formalnej zgody na istnienie AZS, zorganizowali w Warszawie pierwsze akademickie zawody sportowe. Rzecz odbyła się w ramach Dni Akademika na terenie Doliny Szwajcarskiej 12 maja 1916 r. Z imprez sportowych przeprowadzono kilka konkurencji lekkoatletycznych, w tym – przeciąganie liny. Tą siłową konkurencję uznawano wówczas za dyscyplinę lekkoatletyczną. Wiemy, że zawody wypadły udanie, a w przeciąganiu liny zwyciężyła Politechnika Warszawska, która pokonała Uniwersytet.

Jednak ta dobra organizacja inauguracyjnej imprezy nie pomogła w formalnym zarejestrowaniu związku. Hans Beseler nie zgodził się na oficjalny byt AZS Warszawa, choć po namowie rektora UW Józefa Brudzińskiego obiecał zalegalizować osobne organizacje uczelniane zajmujące się sportem. W ten sposób powstały: Związek Sportowy Słuchaczy PW, Związek Sportowy Słuchaczy UW oraz analogiczne związki przy Wyższej Szkole Handlowej (dziś SGH) i Wyższej Szkole Rolniczej (dziś SGGW).

złonkowie AZS Warszawa podczas żartobliwego udawania konkursu przeciągania liny na stadionie AZS w Parku Skaryszewskim (1937 r.). Zbiory R. Gawkowskiego

W takiej skomplikowanej, wojennej jeszcze sytuacji akademicy zorganizowali drugie tak pokaźne zawody. Był to mecz lekkoatletyczny Uniwersytet-Politechnika rozegrany 24 września 1916 r. Był głośno reklamowany, a jedną z atrakcji miał być turniej przeciągania liny między dwoma największymi uczelniami Warszawy. Meeting lekkoatletyczny wypadł świetnie, a najlepiej towarzyszący imprezie chód maratoński. Jedyna konkurencja, która nie wyszła to… przeciąganie liny. Podobno drużyna uniwersytecka nawaliła i nie stawiła się na placu boju.

Uniwersyteccy siłacze mieli okazje pokazać, co są warci 13 maja 1917 r. podczas „II Dnia Akademika”. Nie uczynili tego i byli tłem dla finalistów. W finale „wielkich popisów akademickich” (tak reklamowano imprezę) walczyli „przeciagacze” z Politechniki i Wyższej Szkoły Rolniczej. Tak jak rok wcześniej wygrali politechnicy, ale najważniejszym była znów sprawność organizacyjna raczkującego AZS.

W następnym roku odrodziła się niepodległa Polska. Sportowcy szykowali się na Igrzyska Olimpijskie 1920 r., ale wojna polsko-bolszewicka uniemożliwiła nasz olimpijski debiut. Na tychże igrzyskach po raz ostatni rozegrano turniej przeciągania liny i mało kto wie, że startował w nich nasz rodak z Ameryki. To Józef Krzyczewski policjant ze Stanów Zjednaczonych, który na igrzyskach wystąpił w barwach USA.  Wraz ze swoją amerykańską drużyną omsknął się o medal i zajął czwarte miejsce.

W następnych latach przeciąganie liny przestało być dyscypliną olimpijską, choć chętnie ten rodzaj sportu wykorzystywano w charakterze festynowo-rekreacyjnym. Jednak mało która gazeta dostrzegała parasportowe turnieje w tej dyscyplinie i odnotowywała wyniki. Chyba tylko wtedy, gdy uwypuklano aspekt … patriotyczny. Oto bowiem w czerwcu 1939 r. w Warszawie odbył się turniej przeciągania liny dwóch najlepszych drużyn futbolowych w mieście: Warszawianki i Polonii. Obie drużyny wystąpiły ze swoimi ligowymi asami piłkarskimi. Przeciągano linę dwukrotnie i padł w tym konkursie remis: 1:1.Podkreślmy, że udział piłkarzy w tym festynie był obywatelskim gestem, bo dochód z popularnej imprezy szedł na Fundusz Obrony Narodowej. A przecież już za dwa miesiące wybuchła II wojna światowa…

Piknik 100-lecia AZS Warszawa (2016 r.). Foto: Ewa Milun-Walczak

Po wojnie przeciąganie liny nadal istniało głównie w konwencji jarmarczno-zabawowej. W Warszawskim AZS na przykład, w latach siedemdziesiątych podczas Varsoviad kilkakrotnie walczono w konkurencji urządzanej specjalnie z myślą o działaczach i pracownikach uczelni. Jak się wydaje, nikt wówczas nie pamiętał, że w tej dyscyplinie studenci z Warszawy walczyli już na samym początku dziejów AZS.

I tak było aż do drugiej dekady XXI wieku. W 2015 r. w naszym kraju powołano Polski Związek Przeciągania Liny, a jego działacze na serio chcieli wskrzesić ten olimpijski sprzed 100 lat sport. Z wolna zdobywali nowych członków, aż… rok temu Europę opanowała pandemia. W grudniu 2020 r. w Polsce zakazano wyjazdów na zimowe wakacje, a hotele zostały zamknięte. Wyjątkiem była organizacja zawodów sportowych, które co prawda pod rygorem sanitarnym, ale odbywać się mogły. I tak oto parę tysięcy Polaków przypomniało sobie o przeciąganiu liny i w ciągu miesiąca do Polskiego Związku Przeciągania Liny zapisało się kilka tysięcy osób.

Zareagował też AZS Warszawa i publicznie ogłosił chęć przystąpienia do związku. Działacze stołecznego AZS zdają sobie sprawę, czym ten nadzwyczajny pęd do zapomnianej dyscypliny jest spowodowany. Chcą go jednak wykorzystać w szlachetnym celu i naprawdę mają zamiar wskrzesić dyscyplinę, która była dobrze znana w pionierskich czasach akademickiego sportu.

Mam nadzieje, że wkrótce pandemia minie, ale bum na przeciąganie liny zostanie.

Autor: Robert Gawkowski