Najpyszniejsze jabłka są w Grójcu

0
589

Cyprian Kociszewski to szczypiornista AZS Uniwersytetu Zielonogórskiego. Na co dzień pracownik budowlany, w wolnym czasie zapalony wędkarz oraz miłośnik grzybobrania. Fanatyk muzyki klubowej oraz… Akademickiego Związku Sportowego. Od 20 lat nierozłączny z zielonogórskim Klubem. Zapraszamy do krótkiej rozmowy o przygodach „Cypisa”.

Cyprian, miałeś 12 lat kiedy zacząłeś przygodę ze sportem. Pamiętasz początki swojej kariery?

– Tak! W domu byłem tym najmłodszym. Mój brat trenował piłkę ręczną i chciałem być jak On. Chodziłem na jego mecze z rodzicami i spodobało mi się. Byłem wtedy w szóstej klasie Szkoły Podstawowej. Na swój pierwszy trening udałem się do grupy starszej, do trenera Ireneusza Łuczaka. Tak się złożyło, że kilka dni później trener Marek Książkiewicz montował nowy zespół i tam już zostałem.

A jak wspominasz ćwierćfinały Mistrzostw Polski w Kościanie?

– Trener Łuczak Ci o tym powiedział? Pojechałem na ćwiartki ze starszymi. To był zespół Goofiego, Boraka, Elvisa, Pistola itd. Jak to młodziak, byłem trochę przestraszony. Przez całe Mistrzostwa ustawiano mnie na skrzydle, aż w ostatnim meczu trener krzyknął, że mam pójść na środek i operować grą całej drużyny. Byłem w szoku! Pamiętam, że podbiegłem do Trenera i zapytałem: „Jak to, ja na środku? Przecież jestem najmłodszy!”

W swoim roczniku byłeś środkowym?

– Do końca wieku juniora młodszego. Trener Książkiewicz od początku mnie tam widział. Później zespół przejął Tomasz Pawiłowicz, a następnie Mariusz Fórmaniak, a ja dalej grałem na tej samej pozycji. Dopiero Trener Witold Rojek przesunął mnie na lewoskrzydłowego.

Marzeniem każdego dzieciaka jest zagrać w pierwszym zespole w swoim mieście. Jak długo czekałeś na ten moment?

– Swoje pierwsze spotkanie seniorskie rozegrałem 24 marca 2007 (z dumą okazując dowód, w postaci wycinka z Gazety). Był to dla mnie bardzo ważny mecz, nie tylko ze względu na debiut. Do Zielonej Góry przyjechała wtedy Warszawianka, której wychowankiem jest mój idol Grzegorz Tkaczyk. Wygraliśmy to spotkanie 33:27, a ja zdobyłem… zółtą kartkę.

Barwy zielonogórskiego AZS reprezentujesz od 20 lat. Mimo propozycji, jakie dostawałeś z innych klubów, co Cię skłoniło do pozostania tutaj?

– Atmosfera, Zabawa i Sport. Ja wiem, że to hasło zna już każdy ale wszyscy też wiedzą jak bardzo jest prawdziwe. AZS to dla mnie wspaniała przygoda. Poznałem mnóstwo fantastycznych ludzi. Przez ten czas udało mi się pojechać do miejsc, do których pewnie nigdy sam bym nie pojechał.

Zatrzymajmy się przy podróżach, bo z nimi wiąże się sporo anegdot. Czy to prawda, że jabłka z grójeckich sadów smakują najlepiej?

– Jechaliśmy na mecz do Warszawy, a na obiad zatrzymaliśmy się w Grójcu. Restauracja stała w otoczeniu ogromnych sadów. Deseru w knajpie nie serwowali, więc do autokaru zebraliśmy kilka jabłek, które leżały na ziemi. Były pyszne! Wracając, stołowaliśmy się w tym samym miejscu. Postanowiłem zabrać kilka owoców dla mojej rodziny. Gdy już wróciliśmy do Zielonej Góry, musiałem co chwilę odpoczywać w drodze do domu. Jak się później okazało, przywiozłem 11 kilogramów. Ale jak smakowały!

Chodzą słuchy, że lubiłeś robić innym żarty podczas wyjazdów. Co jeszcze masz za uszami?

– Pamiętam, jak jechaliśmy na mecz z Trenerem Książkiewiczem. Przed wyjazdem zostawił swój plecak, bez opieki. Wyjęliśmy mu szybko kanapki i zamiast tego włożyliśmy pięciokilowy kamień. Chcąc się posilić w drodze, ściągał plecak z góry i mówił: „Co Aneta (żona) mi tu spakowała?” Gdy zobaczył kamień, natychmiast kazał się zatrzymać kierowcy i otworzyć drzwi. Z impetem wyrzucił ten głaz na pobocze i kazał jechać dalej. Do dziś o zwrot kanapek nie poprosił.

Powiedziałeś, że zawdzięczasz AZS-owi wyjazdy w nowe miejsca. Jak zatem podobała Ci się wycieczka do Katowic?

– Przez tą wycieczkę spóźniliśmy się na mecz do Komprachcic. Był to czas, kiedy nawigacje wchodziły dopiero na rynek. Minęliśmy jeden zjazd z autostrady, następnie drugi i tak jeszcze trochę. Gdy już podjechaliśmy pod Katowice postanowiliśmy sprawdzić GPS. Kierowca był starszej daty i okazało się, że zamiast wpisać Komprachcice, wybrał na ekranie nawigacji Katowice.

Jesteś złotym medalistą AMP w klasyfikacji generalnej, dwukrotnym mistrzem akademickim w klasyfikacji uniwersytetów. Wiem też, że posiadasz swój tajny notes, ze wszystkimi swoimi osiągnięciami. Czy mógłbyś się pochwalić największymi sukcesami?

– Zapiski prowadzę od początku wieku seniora. Do dnia dzisiejszego rozegrałem w barwach AZS UZ dwieście siedemdziesiąt oficjalnych spotkań mistrzowskich, zdobywając 1145 bramek. Z tego co z pewnością zapamiętam to mecz Pucharu Polski z Vive Kielce. W 2013 roku w 1/8 PP wylosowaliśmy zespół Mistrza Polski! Hala CRS wypełniła się do ostatniego krzesełka (około 5000 osób). 6-krotnie uczestniczyłem w Akademickich Mistrzostwach Polski, grałem też w Mistrzostwach Polski w plażówce, gdzie zajęliśmy szóste miejsce.

W sezonie 2016/2017 rzuciłeś 167 bramek. Był to Twój najlepszy okres?

– Pod względem bramkowym pewnie tak. Dla mnie każdy sezon przynosił coś fajnego. Od każdego Trenera mogłem nauczyć się czegoś nowego. W samych seniorach pracowałem z pięcioma szkoleniowcami. Najpierw przygarnął mnie Trener Henryk Rozmiarek, potem Marek Książkiewicz, Mariusz Kwiatkowski, Bronisław Maly i teraz Ireneusz Łuczak. Moja przygoda w piłce ręcznej zatoczyła więc koło… Ale jeszcze nie kończę!

Czego zatem Ci życzyć?

– Zdrowia i kolejnych lat w AZS!

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here